Cameron walczący, Tusk emigrujący

0

David Cameron zaczyna już grać o głosy w przyszłorocznych wyborach, czego dowodem jest złożenie wniosku o referendum. Co prawda, raczej do niego nie dojdzie, ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o granie tym głosowaniem, żeby pokazać swoje niezadowolenie do UE. Nieźle to sobie wymyślił, ale nic z tego nie będzie.

W brytyjskim parlamencie po raz kolejny złożono projekt ustawy, który zakłada rozpisanie referendum odnośnie wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE. Tym razem ma ono odbyć się w 2017 roku. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, że do niego dojdzie – moim zdaniem to sprytna zagrywka Camerona, który puszcza oko do eurosceptyków i chce na tym zdobyć trochę więcej popularności (czyt. chce odebrać głosy partii UKIP Nigela Farage). Ta sztuka raczej mu się jednak nie uda, bo UKIP ma swoich żelaznych zwolenników, którzy są wrogo nastawieni do całej klasy politycznej i są antyunijni. Zabiegi premiera Wielkiej Brytanii w stylu, „zrobię Wam referendum, głosujcie na mnie”, to naprawdę słaby pomysł. Ci, którzy popierają UKIP nie chcą głosowania w sprawie wystąpienia z UE – oni chcą być poza UE i tyle.

Domagają się i żyją radykalnymi hasłami, a Cameron nigdy takiego języka nie będzie używał. Nie będzie, bo po pierwsze nie chce, a po drugie, nie bardzo może – jest przecież nie tylko liderem Partii Konserwatywnej, ale przede wszystkim premierem Wielkiej Brytanii. Jego słowa, w przeciwieństwie do ostrych wypowiedzi Farage’a, są przedmiotem codziennej analizy opinii publicznej na całym świecie. Z pewnością Cameron bierze to pod uwagę.

Wciąż zatem nie wiadomo jak to dalej będzie z Wielką Brytanią w Unii Europejskiej. Cameron, zapowiadając w tej sprawie głosowanie gra nie tylko o głosy w przyszłorocznych wyborach, ale toczy także walkę o nowe warunki uczestnictwa swego kraju we Wspólnocie. Może liczy na to, że europejscy przywódcy, widząc realne szanse na wystąpienie Zjednoczonego Królestwa, zgodzą się na to, o co apeluje przywódca Partii Konserwatywnej? Zachodni politycy muszą sobie zdawać sprawę, że wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, może uruchomić proces likwidacji całej Wspólnoty. Z łatwością można to sobie wyobrazić. Lepiej już zgodzić się na te cięcia zasiłków dla imigrantów czy ograniczenia w swobodnym przepływie osób, aby tylko Wielka Brytania jednak została. Przecież Ci, którzy na tym stracą, będą bardzo słabo słyszalni. Brzmi brutalnie, ale taka jest (niestety) współczesna polityka.

W gruncie rzeczy Cameronowi chodzi o zmianę warunków uczestnictwa – bo straty handlowe w przypadku wystąpienia Wiekiej Brytanii z UE, byłyby, śmiem twierdzić tak wielkie, że z punktu widzenia brytyjskiej gospodarki jest to kompletnie nieopłacalne. Premier Wielkiej Brytanii gra o coś innego. Jemu chodzi o zmianę polityki Unii. I całkiem słusznie, bo ma dużo racji. Że próbuje przy okazji przekonać do siebie zwolenników UKIP, to całkiem zmyślne. Natomiast to, że mówi o przeprowadzeniu głosowania jest sprytne, ale mało realne. Strachy na lachy.

Szkocja pozostanie w Wielkiej Brytanii. Nie dziwi mnie to, też gdybym mógł tak bym zagłosował. Co do samego wyniku tego referendum, uważam to za wielki sukces Camerona, który prawdopodobnie dzięki takiej decyzji Szkotów zachował fotel premiera. Z pewnością o swoim trumfie będzie przypominał już za rok, gdy nadejdą wybory parlamentarne.

Głosowanie dotyczące niepodległości Szkocji miało też swojego przegranego – lidera Szkockiej Partii Narodowej. Alex Salmond już zasugerował, że odejdzie ze swego stanowiska. To zachowanie godne pochwały – skoro przegrałeś coś ważnego w polityce, nie dałeś rady – to weź za to odpowiedzialność. Jakże bardzo takich zachowań brakuje na polskiej scenie politycznej. Honorowych zachowań.

* * *

Najnowsze dane dotyczące demografii w Polsce, które opublikował Główny Urząd Statystyczny, są więcej niż alarmujące: w 2050 roku w kraju nad Wisłą będzie żyć niecałe 34 miliony ludzi. Liczba Polaków skurczy się, biorąc pod uwagę ludzi, którzy wyjechali za granicę o 7 milionów. Specjalnie mnie to nie dziwi – osoba, która z emigracją obiecywała walczyć, również się poddała i wyjechała za chlebem do Brukseli. To naprawdę smutne, ale zarazem bardzo symboliczne.

Wyjazd Tuska na brukselską posadę, wymusił zmiany w polskiej polityce. Nowym premierem została Ewa Kopacz, która wymieniła kilka ministrów. Nie spodziewam się jednak żadnej rewolucji i znaczącej poprawy życia w Polsce. Po pierwsze za rok wybory i głupotą by było podejmowanie trudnych rozwiązań, a po drugie w dwanaście miesięcy zrobić można doprawdy niewiele. Zresztą, skoro nie udało się w siedem lat, jak może się udać w rok?

Przekaż dalej

Odpowiedz